W poprzednim poście prezentowałam wstęp do rozważań na temat powiązania między bóstwem ludu bliskowschodniego (zwanego Hetytami) Pirwa a słowem "pierwszy" oraz gdybałam na temat powiązań tegoż boga ze słowiańskim Perunem. "Słownik mitologii ludów indoeuropejskich" Kempińskiego potwierdza moją tezę, wzbogaca ją o postać indoirańskiego bożka imieniem Piran i daje wyobrażenie iż Perun był bóstwem praindoeuropejskim, czyli m.in. z czasów przed tym, jak Słowianie przybyli na nasze ziemie. W krajach takich jak dzisiejsza Turcja czy Iran bogowie burzy, o różnych imionach i związani z różnymi mitami byli najważniejszymi bogami lokalnych panteonów. Dlaczego? Ponieważ klimat sprzyjał suszom, co uniemożliwiało uprawy. Zwróciłam więc uwagę na fakt, że Perun dla Słowian był bogiem bardzo ważnym co dziwi w kontekście klimatu poglacjalnego jaki panował na ziemiach niemal całej Europy środkowej/wschodniej/północnej. Na terenach Polski były gęste lasy, mokradła, sporo jezior- dlaczego więc bóg burzy był taki ważny? Według mnie wynikało to z tradycji, bóstwo to musiało być wyznawane w czasach gdy lud zamieszkiwał obszary inne pod względem klimatycznym, co mogłoby potwierdzać dodatkowo powiązanie Peruna z Pirwą czy Piranem.
Kochani Ślązacy, teraz przejdę do tematu, który może Was zainteresować. Czy ktoś z Was zastanawiał się kiedykolwiek nad tym, że klnąc po śląsku "pierunie", "pieronie" wymawia imię bóstwa słowiańskiego, które jest reliktem przeszłości sprzed tysięcy lat? To dopiero! W naszym języku się to zachowało i nie mam wiedzy czy w jakimkolwiek innym również. W języku polskim tego nie ma, ale jak z czeskim, rosyjskim? Jeśli ktoś wie, chętnie wysłucham :).
piątek, 1 lutego 2013
czwartek, 31 stycznia 2013
Pirwa - zagadka do rozwiązania
Dzisiaj wyjątkowo poruszymy temat niekoniecznie Śląski.
Wszystko zaczęło się od boga "Pirwa" w hetyckiej mitologii na którego natknęłam się wczoraj, w trakcie czytania książki "Magia i wróżbiarstwo u Hetytów" Macieja Popko (Hetyci to lud indoeuropejski zamieszkujący niegdyś tereny dzisiejszej Turcji, który swego czasu był wielką potęgą na miarę Mezopotamii- w sporym uproszczeniu). Skojarzenia miałam wiadome, a jeszcze będąc na świeżo po napisaniu tekstu na bloga, gdzie pojawił się wątek indoeuropejski zastanowiło mnie czy aby ten "Pirwa" powiązany jest jakoś z naszym określeniem "pierwszy", czy też "dawniej". Pierwszym tropem, który potwierdził moje przypuszczenia stała się informacja, że Pirwa był bogiem z panteonu luwijskiego (lud indoeuropejski żyjący w Anatolii, zasymilowany z Hetytami). Specjalizował się on w koniach i był patronem władców. Znalazłam również u Słowian bóstwo imieniem Prowe, w różnych formach odmieniane, co nasunęło mi skojarzenia z Pirwą. Zastanawiało mnie szczególnie to, w jakim stopniu wszelkie słowa gdzie pojawiają się po sobie spółgłoski "prw" mają związek z pierwszeństwem danego bóstwa, czy jego dawnością (istnieje takie słowo?). Zabrałam się więc do zadania, na postawie którego powstał w mej głowie jakiś prymitywny schemat. Muszę nadmienić, że w tzw. międzyczasie skonsultowałam się z pewnym badaczem Słowian, który nota bene jest członkiem mojej rodziny i ten, zwrócił mi uwagę na to, że u Irańczyków Gwiazdozbiór Plejad nazywał się PRWI i był pierwszym gwiazdozbiorem sogdyjskich i chorezmijskich stacji księżycowych. To poruszyło mój umysł, stwierdziłam, że przydałoby się upewnić czy tak, jak w przypadku liczebników głównych (czyli zwyczajnych liczb) podobieństwo między językami indoeuropejskimi występuje także w przypadku słowa "pierwszy". Oto efekt.
Chcę dodać, że tutaj słówka są wyjątkowo podobne do siebie, kiedy na zajęciach profesor prezentował nam inne przykłady podobieństw, podobieństwa te były nie przekonujące, wręcz daleko idące. Wynika to z tego, że cały wic polega na warstwie fonetycznej. Wyrazy, które na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie różne być może jeszcze tysiąc lat temu (nie mówiąc już o dawniejszych czasach) prawdopodobnie były bardziej zbliżone brzmieniowo, ale pod wpływem kontaktów z ludami nieindoeuropejskimi, czy z wygody wymawiających uległy deformacji. Takie zmiany językowe obserwujemy do dziś, więc można przyjąć, że prymitywny język oparty na wydawaniu odgłosów przypominających chrząkanie musiał się "zmiękczyć". Najbardziej zainteresowało mnie to podobieństwo fonetycznej "pierwej" do bengalskiego stranskryptowanego "pürbe". Zawierzając programowi do transkrypcji należy to czytać z umlałtem. Spróbujcie sami! Brzmi podobnie.
Wniosek mi się też nasunął że idąc od Polski po półwysep bałkański i dalej w kierunku na Wschód wersja wydaje się znacznie bliższa zrekonstruowanemu praindoeuropejskiemu słowu. Można powiedzieć śmiało, że barbarzyńskość brzmienia tych języków rzuca się na uszy. Podczas gdy idąc od nas na Zachód następuje pewne załagodzenie.
Zapewne ktoś to już badał takie podobieństwa pomiędzy słowem "pierwszy". Na chwilę obecną cel mam jeden: dociec jak "pierwszy" jest po luwijsku. Jeszcze tego nie znalazłam. Od tego właściwie zależy na ile Pirwa ma związek z tym słowem. Drugim ważnym zagadnieniem do rozstrzygnięcia jest czy Pirwa i Prowe byli pierwotnie tym samym bóstwem, które zostało przez lata zmodyfikowane.
Dowiem się i napiszę niezwłocznie :).
![]() | |
| Tak ponoć wyglądał Pirwa ;) |
praindoeuropejski prhmo, prhwo
ukraiński*: pierszyj
rumuński: in primul rand
macedoński: prwa
chorwacki: prvi
czeski: prvni
angielski: prime
francuski: prime
grecki: prota
włoski: prima
łaciński: primus
łotewski: pirmais
litewski: pirmas
albański: i parë
urdu*: phly
bengalski*: prathama
hindi*: pahle
serbski: prvo
słowacki: prvy
portugalski: primeiro
rosyjski*: pierwyj
„Dawniej” podobne do „pierwszy” (być może związane z tym słowem)
grecki: proigumenos
słoweński: prej
hindi*: pahle
bengalski*: ita: pürbe (fonetycznie bardzo zbliżone do „pirwe”)
polski: najpierw, pierwej
* języki z gwiazdką to języki, które musiałam poddać transkrypcji (inny alfabet)
Chcę dodać, że tutaj słówka są wyjątkowo podobne do siebie, kiedy na zajęciach profesor prezentował nam inne przykłady podobieństw, podobieństwa te były nie przekonujące, wręcz daleko idące. Wynika to z tego, że cały wic polega na warstwie fonetycznej. Wyrazy, które na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie różne być może jeszcze tysiąc lat temu (nie mówiąc już o dawniejszych czasach) prawdopodobnie były bardziej zbliżone brzmieniowo, ale pod wpływem kontaktów z ludami nieindoeuropejskimi, czy z wygody wymawiających uległy deformacji. Takie zmiany językowe obserwujemy do dziś, więc można przyjąć, że prymitywny język oparty na wydawaniu odgłosów przypominających chrząkanie musiał się "zmiękczyć". Najbardziej zainteresowało mnie to podobieństwo fonetycznej "pierwej" do bengalskiego stranskryptowanego "pürbe". Zawierzając programowi do transkrypcji należy to czytać z umlałtem. Spróbujcie sami! Brzmi podobnie.
Wniosek mi się też nasunął że idąc od Polski po półwysep bałkański i dalej w kierunku na Wschód wersja wydaje się znacznie bliższa zrekonstruowanemu praindoeuropejskiemu słowu. Można powiedzieć śmiało, że barbarzyńskość brzmienia tych języków rzuca się na uszy. Podczas gdy idąc od nas na Zachód następuje pewne załagodzenie.
Zapewne ktoś to już badał takie podobieństwa pomiędzy słowem "pierwszy". Na chwilę obecną cel mam jeden: dociec jak "pierwszy" jest po luwijsku. Jeszcze tego nie znalazłam. Od tego właściwie zależy na ile Pirwa ma związek z tym słowem. Drugim ważnym zagadnieniem do rozstrzygnięcia jest czy Pirwa i Prowe byli pierwotnie tym samym bóstwem, które zostało przez lata zmodyfikowane.
Dowiem się i napiszę niezwłocznie :).
środa, 30 stycznia 2013
Tożsamość, narodowość i inne wątpliwe sprawy
Pseudonaukowe gdybanie o pochodzeniu Ślązaków.
Dla historyków specjalizujących się w czasach najbardziej zamierzchłych, oraz dla antropologów, czy zwykłych genealogów (nawet amatorów) sprawa pochodzenia jest sprawą płynną jak rzeka. Jedynym pewnikiem wydaje się indywidualne zdanie jednostki, czyli tożsamość, niekiedy uwarunkowana kilkoma pokoleniami przodków.
W temacie narodowości, szczególnie wśród nacjonalistów zwraca się szczególną uwagę na "czystość rasową" itp. co wyjątkowo mnie bawi. Myślę sobie wtedy, że do ludów indoeuropejskich do których zaliczają się tak Słowianie, zaliczają się także Hindusi (z językiem hindi). Jesteśmy czyści rasowo czy nie? Pytanie mi się nasuwa, czy Ślązak należy do grupy Słowian, czy Germanów?
Co ja o tym myślę? Myślę, że Ślązacy to Słowianie, bardzo blisko im do Czechów (kultura dochodziła do nas z Pragi), jak już wszyscy wiemy zasymilowani z ludami germańskimi, przemieszali się. Według mnie, świadczy o tym fakt, że w czasach, kiedy Śląsk był polski, języki słowiańskie poszczególnych (dzisiejszych) narodów były niezwykle do siebie podobne i praktycznie nie do rozróżnienia. Śląsk od IX wieku n.e. leżał na terenie Wielkiego Państwa Morawskiego. Następnie, znalazł się (nie całkowicie) na terenach Polskich, na jakieś trzysta lat, a następnie znów na terenie Czech. Jako, że organizacja państwowa była w owych czasach uboga, nikt nie nakazywał prostym ludziom na wsiach mówić nowym językiem, dlatego przypuszczalnie nie wiele się w tej kwestii zmieniło. Książęta na terenie Śląska jeszcze w XVI wieku posługiwali się w celach urzędowych czeskim (albo może językiem na pograniczy polskiego i czeskiego?). Niby pierwsze zdanie zapisane po polsku, a wypowiedział je Czech, w dodatku zapisał germański kapłan piszący na co dzień po łacinie. Jedno jest pewne- ma ono cechy co najmniej kilku języków.
Czy aby na pewno najpopularniejsza interpretacja jest słuszna? Widzimy "day ut ia pobrusa a ti poziwai".
Dr Artur Czesak podczas spotkania w Muzeum Śląskim w ramach "Rozmowy o śląskiej mowie" zwrócił uwagę na tą formę "ia pobrusa" - jak po śląsku "jo widza", "jo słysza", chodzi o końcówkę "a" w pierwszej formie liczby pojedynczej czasownika. Oczywiście zdementował jakoby było to zupełnie śląskie zdanie. Równie dobrze może być polskie, śląskie jak i czeskie.
Zarzućmy dalsze rozważania na temat tego "pierwszego polskiego zdania zapisanego". W XVIII wieku, w pruskich wsiach pod Opolem ludzie posługiwali się językiem słowiańskim i posiadali słowiańskie nazwiska, podobnie w praktycznie wszystkich wsiach na Śląsku, bez względu na terenie jakiego państwa się znajdowały. Z tego oczywiście wynika fakt, że podczas plebiscytu śląskiego, słowiańska ludność wiejska opowiedziała się za Polakami, kierując się fascynacją zbuntowanymi duszami polskimi (pięknie widać to u Oskara Klaussmanna w "Górny Śląsk przed 50 laty", gdzie autor opisuje własne wspomnienia na temat emocji ludności Szopienicko-Mysłowickiej wobec powstania styczniowego*). Spór czy Ślązakom było lepiej za Niemca czy za Polaka należy więc według mnie argumentować wyłącznie praktycznie, nie mieszając w to pochodzenie, które nota bene nie ma tu nic do rzeczy.
Jakby przysiąść do literatury i źródeł zapewne dowodów na tezę iż najdawniejsi Ślązacy byli z pochodzenia Słowianami przemieszanymi przez kilkaset lat z ludźmi o pochodzeniu germańskim, można znaleźć sporo - ja polegałam tutaj wyłącznie na pamięci i wiedzy, która skądinąd jest uboga.
Ślązakiem według mnie może się czuć każdy, kto z ziemią Śląska odczuwa związek, czy to poprzez rzeczywiste pochodzenie, czy przez zamieszkiwanie jej.
Przekląć należy tego, kto uniemożliwił wstawianie przypisów do wpisów, co uniemożliwiło a wręcz zniechęciło mnie do sięgania do literatury przedmiotowej.
Dla historyków specjalizujących się w czasach najbardziej zamierzchłych, oraz dla antropologów, czy zwykłych genealogów (nawet amatorów) sprawa pochodzenia jest sprawą płynną jak rzeka. Jedynym pewnikiem wydaje się indywidualne zdanie jednostki, czyli tożsamość, niekiedy uwarunkowana kilkoma pokoleniami przodków.
W temacie narodowości, szczególnie wśród nacjonalistów zwraca się szczególną uwagę na "czystość rasową" itp. co wyjątkowo mnie bawi. Myślę sobie wtedy, że do ludów indoeuropejskich do których zaliczają się tak Słowianie, zaliczają się także Hindusi (z językiem hindi). Jesteśmy czyści rasowo czy nie? Pytanie mi się nasuwa, czy Ślązak należy do grupy Słowian, czy Germanów?
Co ja o tym myślę? Myślę, że Ślązacy to Słowianie, bardzo blisko im do Czechów (kultura dochodziła do nas z Pragi), jak już wszyscy wiemy zasymilowani z ludami germańskimi, przemieszali się. Według mnie, świadczy o tym fakt, że w czasach, kiedy Śląsk był polski, języki słowiańskie poszczególnych (dzisiejszych) narodów były niezwykle do siebie podobne i praktycznie nie do rozróżnienia. Śląsk od IX wieku n.e. leżał na terenie Wielkiego Państwa Morawskiego. Następnie, znalazł się (nie całkowicie) na terenach Polskich, na jakieś trzysta lat, a następnie znów na terenie Czech. Jako, że organizacja państwowa była w owych czasach uboga, nikt nie nakazywał prostym ludziom na wsiach mówić nowym językiem, dlatego przypuszczalnie nie wiele się w tej kwestii zmieniło. Książęta na terenie Śląska jeszcze w XVI wieku posługiwali się w celach urzędowych czeskim (albo może językiem na pograniczy polskiego i czeskiego?). Niby pierwsze zdanie zapisane po polsku, a wypowiedział je Czech, w dodatku zapisał germański kapłan piszący na co dzień po łacinie. Jedno jest pewne- ma ono cechy co najmniej kilku języków.
Czy aby na pewno najpopularniejsza interpretacja jest słuszna? Widzimy "day ut ia pobrusa a ti poziwai".
Dr Artur Czesak podczas spotkania w Muzeum Śląskim w ramach "Rozmowy o śląskiej mowie" zwrócił uwagę na tą formę "ia pobrusa" - jak po śląsku "jo widza", "jo słysza", chodzi o końcówkę "a" w pierwszej formie liczby pojedynczej czasownika. Oczywiście zdementował jakoby było to zupełnie śląskie zdanie. Równie dobrze może być polskie, śląskie jak i czeskie.
Zarzućmy dalsze rozważania na temat tego "pierwszego polskiego zdania zapisanego". W XVIII wieku, w pruskich wsiach pod Opolem ludzie posługiwali się językiem słowiańskim i posiadali słowiańskie nazwiska, podobnie w praktycznie wszystkich wsiach na Śląsku, bez względu na terenie jakiego państwa się znajdowały. Z tego oczywiście wynika fakt, że podczas plebiscytu śląskiego, słowiańska ludność wiejska opowiedziała się za Polakami, kierując się fascynacją zbuntowanymi duszami polskimi (pięknie widać to u Oskara Klaussmanna w "Górny Śląsk przed 50 laty", gdzie autor opisuje własne wspomnienia na temat emocji ludności Szopienicko-Mysłowickiej wobec powstania styczniowego*). Spór czy Ślązakom było lepiej za Niemca czy za Polaka należy więc według mnie argumentować wyłącznie praktycznie, nie mieszając w to pochodzenie, które nota bene nie ma tu nic do rzeczy.
Jakby przysiąść do literatury i źródeł zapewne dowodów na tezę iż najdawniejsi Ślązacy byli z pochodzenia Słowianami przemieszanymi przez kilkaset lat z ludźmi o pochodzeniu germańskim, można znaleźć sporo - ja polegałam tutaj wyłącznie na pamięci i wiedzy, która skądinąd jest uboga.
Ślązakiem według mnie może się czuć każdy, kto z ziemią Śląska odczuwa związek, czy to poprzez rzeczywiste pochodzenie, czy przez zamieszkiwanie jej.
Przekląć należy tego, kto uniemożliwił wstawianie przypisów do wpisów, co uniemożliwiło a wręcz zniechęciło mnie do sięgania do literatury przedmiotowej.
środa, 23 stycznia 2013
Kazimierz Popiołek- dobry czy zły?
Od dłuższego czasu kusiło mnie by napisać coś o Kazimierzu Popiołku. Poznaliśmy się w dość nietypowych okolicznościach zestawiając je ze standardowym schematem poznawania tego człowieka. Jak powinnam była go poznać? Powinno się zacząć od tego, że w moje ręce trafia "Historia Śląska" Kazimierza Popiołka, czytam, zachwycam się, dowiaduję się, że napisał sporo fantastycznych dzieł poświęconych Śląsku, że wielka aula na WNSie nosi jego imię i nazwisko. Och i ach! Zaczęło się jednakże od tego, że kupiłam broszurkę skuszona paskudnym komunistycznym tytułem "Plany zaborcze kapitalistów Śląskich", nieco szyderczo, a nieco zniesmaczona, by pochwalić się swym znaleziskiem znajomym, którzy również interesują się tematem. Ulubiona oficyna wydawnicza zajmująca się na co dzień jedną z najobrzydliwszych form robienia ludziom wody z mózgu na modłę komunistyczną-> wydawania niby fachowych dzieł z których treść wylewa się czerwonym strumieniem: Instytut Śląski w Opolu. Jeśli ktoś kiedyś widział ten budynek z bliska wie, że został wybudowany w swym miejscu tylko i wyłącznie po to, aby zasłaniać prawie w całości wieżę piastowską. Wracając do broszurki, pisałam o niej już kiedyś, wypisałam nieco "smaczków". Idea jaka jej przyświeca to udowodnić szkodliwą wartość dla Śląska udziału w jego rozwoju przemysłowców o niemieckich nazwiskach. Oni wzbogacili nasz region przecież tylko po to, aby wyzyskiwać biednych pracowników przybywających na Śląsk z Polski oraz Rosjan (równie biednych i pokrzywdzonych). Kazimierz Popiołek pokusił się również o uwiarygodnienie własnej tezy publikując listy Niemców, z których jasno przecież wynika: "Śląska wam się zachciewa? Śląsk to stara prowincja niemiecka. Mam w dupie ten cały Śląsk" parafrazując Piłsudskiego. Łatwo mu było wciskać ludziom te farmazony, ludziom którzy po drugiej wojnie światowej dobrze wiedzieli jednoznacznie kto jest dobry a kto zły. Z ciekawości zajrzałam również do "Historii Śląska" Popiołka, której nie potrafiłam już czytać inaczej niż widząc w opisywanych przez niego współczesnych dziejach Śląska jednej wielkiej komunistycznej propagandy. Smutne, że wielu ludzi, którzy twierdzą, że nie popierają komunistów w tej propagandzie brodzi wypowiadając się na tematy śląskie. Tak źle i tak niedobrze. Bo która wersja jest słuszna? Niemiecka czy Rosyjska? Ja powiadam, jako kobieta (a zatem osoba, kierująca się w dużej mierze sercem), że liczy się ludzka dobroć, bez względu na narodowość. Jeśli ludzie byli szykanowani za Niemca, neguję to, jeśli za Rosjanina również. Najważniejszy jest święty spokój, dobrze zatem, gdy ludzie mają szansę żyć w spokoju i uczciwie na siebie zarabiać nie będąc gnębionym z debilnych powodów typu "narodowość" (która nawet nie jest namacalna). Uczciwie.
Zastanawia mnie fakt, czy pan Popiołek pisał takie straszne brednie bo uważał je za prawdę, czy dlatego, że mu kazano? Wie ktoś może?
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Mikołów - ulubione miasto Magdaleny
Poniżej praca Magdaleny, która wygrała konkurs na temat "Moje ulubione śląskie miasto".
MIKOŁÓW
To miasto, które miałam przyjemność poznać z dość nietypowej strony – Zielonej Arki Śląska. W jednej z dzielnic – Mikołowie-Mokrem, działa Śląski Ogród Botaniczny. To instytucja bardzo nowa, bo formalnie stworzona w 2003 roku, lecz spektakularnie się rozwijająca. W maju 2012 roku otworzono Centrum Edukacji przyrodniczej i Ekologicznej ŚOB. W nowoczesnym budynku Ogród ma teraz swoją siedzibę. Jeszcze jednak nie tak dawno instytucja ta mieściła się w starym, jednopiętrowym budynku. Kilkanaście osób pracowało w trzech niewielkich pokojach. W jednym z pomieszczeń (o - trzeba nadmienić – złym stanie technicznym), mieściła się część biblioteki. Pozostała jej część w udostępnianym przez proboszcza budynku. Ale cóż z tego, kiedy w budynku panowała atmosfera doprawdy domowa, a Ogród był w posiadaniu niezwykłego terenu. Nie tylko niezwykłego, ale i sporego – obejmuje on około 120 hektarów. Jakież cuda się na nim kryją... Kolekcje wrzosów, irysów, rosnąca za małym płotkiem roślina chroniona zwana cieszynianką, niczym z opowieści Morcinka „Legenda o bladej cieszyniance” wychynęła spomiędzy traw. Ale mamy tutaj nie tylko to, z czym normalnie kojarzą się ogrody botaniczne. Na jednej z wycieczek wchodzimy w stare czyżnie, czyli zarośla śródpolne. Zarośla, dobre sobie. To prawdziwy las. Po raz pierwszy w życiu widzę tutaj leszczynę o grubym pniu i rozłożystych konarach. Po raz pierwszy widzę tutaj rosnące nad rzeką skrzypy wielkie, przypominając jako żywo roślinność z „Parku Jurajskiego”. Pełno tutaj śladów obecności zwierząt – obgryzionych szyszek, zabłoconych drzew po czochrających się dzikach, śladów w błocie. Natrafiamy na czaszkę, prawdopodobnie sarny. Ktoś na to zaczyna recytować wiersz „Jabberwocky”: „Beware of Jabberwock, my son!”. O tak, „the jaws that bite, the claws that catch!”. Mamy tutaj jamy borsuków. A także kamieniołom. I zabytkowe wapienniki, czyli piece do wypalania wapna, nad których ocaleniem czuwa między innymi Ogród.
Kiedy wchodzimy w las kwitnących drzew, między innymi owocowych, na których brzęczą całe roje pszczół, czuję się niczym w scenie „Journey to the Aslan’s How” w ekranizacji „Opowieści z Narnii”.
A już kilka tygodni później odbywam wolontariat w Ogrodzie.
Mikołów to jednak nie tylko Śląski Ogród Botaniczny. Uroczy rynek, kamienica z faunem w bocznej od niego ulicy, stare kościoły... I spotkania ze znajomymi przy kawie!
MIKOŁÓWTo miasto, które miałam przyjemność poznać z dość nietypowej strony – Zielonej Arki Śląska. W jednej z dzielnic – Mikołowie-Mokrem, działa Śląski Ogród Botaniczny. To instytucja bardzo nowa, bo formalnie stworzona w 2003 roku, lecz spektakularnie się rozwijająca. W maju 2012 roku otworzono Centrum Edukacji przyrodniczej i Ekologicznej ŚOB. W nowoczesnym budynku Ogród ma teraz swoją siedzibę. Jeszcze jednak nie tak dawno instytucja ta mieściła się w starym, jednopiętrowym budynku. Kilkanaście osób pracowało w trzech niewielkich pokojach. W jednym z pomieszczeń (o - trzeba nadmienić – złym stanie technicznym), mieściła się część biblioteki. Pozostała jej część w udostępnianym przez proboszcza budynku. Ale cóż z tego, kiedy w budynku panowała atmosfera doprawdy domowa, a Ogród był w posiadaniu niezwykłego terenu. Nie tylko niezwykłego, ale i sporego – obejmuje on około 120 hektarów. Jakież cuda się na nim kryją... Kolekcje wrzosów, irysów, rosnąca za małym płotkiem roślina chroniona zwana cieszynianką, niczym z opowieści Morcinka „Legenda o bladej cieszyniance” wychynęła spomiędzy traw. Ale mamy tutaj nie tylko to, z czym normalnie kojarzą się ogrody botaniczne. Na jednej z wycieczek wchodzimy w stare czyżnie, czyli zarośla śródpolne. Zarośla, dobre sobie. To prawdziwy las. Po raz pierwszy w życiu widzę tutaj leszczynę o grubym pniu i rozłożystych konarach. Po raz pierwszy widzę tutaj rosnące nad rzeką skrzypy wielkie, przypominając jako żywo roślinność z „Parku Jurajskiego”. Pełno tutaj śladów obecności zwierząt – obgryzionych szyszek, zabłoconych drzew po czochrających się dzikach, śladów w błocie. Natrafiamy na czaszkę, prawdopodobnie sarny. Ktoś na to zaczyna recytować wiersz „Jabberwocky”: „Beware of Jabberwock, my son!”. O tak, „the jaws that bite, the claws that catch!”. Mamy tutaj jamy borsuków. A także kamieniołom. I zabytkowe wapienniki, czyli piece do wypalania wapna, nad których ocaleniem czuwa między innymi Ogród.
Kiedy wchodzimy w las kwitnących drzew, między innymi owocowych, na których brzęczą całe roje pszczół, czuję się niczym w scenie „Journey to the Aslan’s How” w ekranizacji „Opowieści z Narnii”.
A już kilka tygodni później odbywam wolontariat w Ogrodzie.
Mikołów to jednak nie tylko Śląski Ogród Botaniczny. Uroczy rynek, kamienica z faunem w bocznej od niego ulicy, stare kościoły... I spotkania ze znajomymi przy kawie!
niedziela, 30 grudnia 2012
Refleksje na koniec roku
![]() |
| Moje ulubione śląskie miasto - Opole, poznałam je w zeszłym roku |
Był taki czas, że na blogi wchodziłam każdego dnia wypatrując nowych postów. Zostawiałam mnóstwo komentarzy, pisałam o wszystkim nawet z regułą "nie znam się to się wypowiem". I bodaj w czerwcu na blogu Tuudi.net pojawiło się ogłoszenie, że poszukiwane są osoby zainteresowane udziałem w projekcie "Śląsk wedle bajtla". Zapisałam się od razu. Po ponad roku siedzenia każdego popołudnia w domu taki projekt to była dla mnie nie lada gratka. Bardzo się zaangażowałam. Zasypałam biednych współuczestników kilometrową listą pomysłów, które niekoniecznie były trafione. Ale poczułam się spełniona. Poznałam rewelacyjnych ludzi, zupełnie innych niż ja. Nauczyłam się słuchania innych. Projekt dał mi też sporo ważnych doświadczeń jeśli chodzi o organizację przedsięwzięć.
Pod koniec wakacji straciłam pracę. Wszystkie moje plany legły w gruzach. Nie będę się zbytnio nad tym rozwodzić, ale utrata gruntu pod stopami to bardzo przykra sprawa. Łapałam się każdej roboty, w żadnej się nie spełniałam, do żadnej nie nadawałam. Mózg wypełniony po brzegi kreatywną energią w połączeniu z kiepskim refleksem, brakiem siły fizycznej to nie najlepszy zestaw do pracy w sklepie spożywczym krojąc szynkę czy też w punkcie ksero. Odchodziłam w poczuciu kompletnej bezużyteczności i niemocy. W akcie desperacji pobłażając sobie zapisałam się na podrzędną uczelnię, a los troszkę zamieszał i trafiłam na wymarzony kierunek, do uniwersytetu.
I znów cofnę się do smętnych dni kiedy wracałam z pracy i wysiadywałam godzinami przy komputerze. Otóż wtedy, zaczęłam oglądać na Youtube krótkie filmiki zwane na Zachodzie "sessions" i w mej głowie wykiełkował pomysł aby stworzyć coś takiego na Śląsku. Na czym to polegało? Organizatorzy sessions zapraszali artystów i kręcili ich akustyczny występ na żywo w różnych magicznych miejscach. Moje ulubione to były sesje plenerowe, kręcone w zieleni. To było takie naturalne i fantastyczne! Mój brat polecił mi swojego kolegę, operatora. Wspólnie stworzyliśmy bardzo ważny w moim życiu projekt SILESIA VIDEOSESSION, za pomocą którego pragniemy promować artystów ze Śląska.
Od września poznałam resztę bloggerów, część nie osobiście. W każdym razie musiałam się parę razy zdziwić, że te mityczne istoty to zupełnie zwykli ludzie! W bardzo ciekawych okolicznościach poznałam chyba w wakacje, albo może we wrześniu autorkę bloga Odkrywając Śląsk. Na spotkaniu towarzyskim zagadnęła mnie. I naprawdę nie mam pojęcia, skąd wiedziała, że to ja. :)
Ten rok był dla mnie jak 10 lat. Tyle się zmieniło, że gdyby nie projekty chyba bym się posypała kompletnie. Kiedy nie ma się gruntu pod stopami warto mieć punkt zaczepienia.
Życzę wam drodzy czytelnicy, abyście zawsze mieli swój punkt zaczepienia :).
Lwowiak na cmentarzu na ul. Francuskiej
| Jeden z piękniejszych grobów na Francuskiej |
niedziela, 16 grudnia 2012
Ślonski przi stole
Debiut w pisaniu po Śląsku, pewno wiele można mi zarzucić, ale najlepiej uczyć się na błędach. Z racji na całkowity brak znajomości jakiejkolwiek kodyfikacji śląskiego piszę instynktownie. Oczywiście "o" ma ciemne brzmienie - zrezygnowałam z pisania "u", albo "ł" przed "o". Każdy oczywiście mógłby powiedzieć, że pewne słowa można zastąpić innymi... Przyznaję bez bicia, nie jestem żadnym autorytetem, piszę jak potrafię!
Ślonski od bajtla mi towarziszoł, ino nojwiyncyj przi stole. U mie to fater warzył uobiod na niedziela i przi tym śpiwoł i gadoł sam ze sobom. Kożden obiod wyglondoł tak samo. On śpiewo a jo i mój brat przychodzimy do niygo co chwila i się pytomy: "Kiedy bydzie gotowe?".
Jak on tak śpiewoł, a śpiewoł fest głośno i plonsał po kuchni choby zakochany, moglymy się czegoś nauczyć, szybko nom te jiygo piosenki wpadały w ucho. Do jigo "hitów" kuchennych noleżały: "Aj due rajne fazole som fajne, aj due rajne fazole som fest!" (teroz wiym, że to refren z "Ballady o babuciu") "Jestech poziomkom", "Jak jo jechał do Gliwic" i wiyrsz Gałczyńskiygo gdzie było "Pewna pani z Marsałkowskiej kupowała synkę z groskiem. W towazystwie swego męza ponurego draba". Wołoł tyż do mie: "Czekej na mnie pod klopsztangom, ja tam byda lub nie byda" (potym dodowoł, że nimo w ślunsko "lub", jes "abo", a to ino do rytmu tak mo być). A, ja! Miałach jeszcze jedyn hit od fatra jak warzył- "Obalyly halba" Koala Bandu. Fajny tekst! "Naplumpali bala, bala naplumpali- w szpila se zagrali i śpiewali tak: Ło kule kule na mole kule". Tako afrykańsko ta nuta. Takie to dziwne było, ale wesołe. Tak to z samym chopym jes, co niy mo baby, ale gotować umiy i lubi.
Co on nom przyrychtowoł? Przede sziskim - miynso! I choć my byli bajtle, to zdarzało się że warzył nam jako tusto świnia, serca kurze czy inne świństwo, co sam chyntnie potem zeżarł. Ale miynso to była podstawo. Po miynsie - gynsta zupa (w kolejności jedzenia no to oczywiście przed miynsem), czasym nudel, a nojlepiyj jako spagetti. Żodnych piyrogów, nalyśników i innych takich. Piyrogi ino kupne i nojlepiyj z miynsem. Roz mie i bratu zrobioł takie z grzybami, poloł jogurtym i nom tumaczył, że to z serym i truskawkami. My tego żreć nie chcieli. A fuj!
A jak żech sie umarasiła obiodem to mi padoł tako puenta ze starygo ślonskiego kawału- padoł mi tak: "Fater!! Mocie nudel na pysku!!". Jo, jigo cera a czyńściowo tyż gorol (krojcok rasowy abo pół elf- pół ogr) śmiałach się i obcierała gymbe rynkawem. Nie szisko rozumiałach, jak godoł, dugo sie zastanawiałach czemu sie godo "Chow sie" na dowidzynia. Ale to fajnie brzmi, sie miło sucho, to chyba od "Chowaj się w zdrowiu"...
Starzik to do mie pieszczotliwie padoł "Bo jak cie trzasne w ten twój poniymiecki łomylok!". Mało kto wiy co to łomylok, nawet śród ślonzoków, bo to w różnych czyńsciach ślunska różnie jes. Łomylok to taka "jadaczka" od łomylania, łomylok sie godo na dziadka do orzechów.
Jak jo powoli jadła abo co gorsza jadła i klachała to mi fater padoł: Papej, papej, bydziesz Rus." na co odpowiedziom było "Jo ni chca być Rus, jo już wola być volksdojcz". I tak obiod w obiod cytowoł ty same teksty, a łon mjoł jeszcze taki talynt, że zapominoł komu to godoł i się powtorzoł cołki czas.
Wiela sie tak nauczyłam, choć niy wiedziałach wtedy, że to som takie jynzykowe "relikty przeszłości".
Ślonski od bajtla mi towarziszoł, ino nojwiyncyj przi stole. U mie to fater warzył uobiod na niedziela i przi tym śpiwoł i gadoł sam ze sobom. Kożden obiod wyglondoł tak samo. On śpiewo a jo i mój brat przychodzimy do niygo co chwila i się pytomy: "Kiedy bydzie gotowe?".
Jak on tak śpiewoł, a śpiewoł fest głośno i plonsał po kuchni choby zakochany, moglymy się czegoś nauczyć, szybko nom te jiygo piosenki wpadały w ucho. Do jigo "hitów" kuchennych noleżały: "Aj due rajne fazole som fajne, aj due rajne fazole som fest!" (teroz wiym, że to refren z "Ballady o babuciu") "Jestech poziomkom", "Jak jo jechał do Gliwic" i wiyrsz Gałczyńskiygo gdzie było "Pewna pani z Marsałkowskiej kupowała synkę z groskiem. W towazystwie swego męza ponurego draba". Wołoł tyż do mie: "Czekej na mnie pod klopsztangom, ja tam byda lub nie byda" (potym dodowoł, że nimo w ślunsko "lub", jes "abo", a to ino do rytmu tak mo być). A, ja! Miałach jeszcze jedyn hit od fatra jak warzył- "Obalyly halba" Koala Bandu. Fajny tekst! "Naplumpali bala, bala naplumpali- w szpila se zagrali i śpiewali tak: Ło kule kule na mole kule". Tako afrykańsko ta nuta. Takie to dziwne było, ale wesołe. Tak to z samym chopym jes, co niy mo baby, ale gotować umiy i lubi.
Co on nom przyrychtowoł? Przede sziskim - miynso! I choć my byli bajtle, to zdarzało się że warzył nam jako tusto świnia, serca kurze czy inne świństwo, co sam chyntnie potem zeżarł. Ale miynso to była podstawo. Po miynsie - gynsta zupa (w kolejności jedzenia no to oczywiście przed miynsem), czasym nudel, a nojlepiyj jako spagetti. Żodnych piyrogów, nalyśników i innych takich. Piyrogi ino kupne i nojlepiyj z miynsem. Roz mie i bratu zrobioł takie z grzybami, poloł jogurtym i nom tumaczył, że to z serym i truskawkami. My tego żreć nie chcieli. A fuj!
A jak żech sie umarasiła obiodem to mi padoł tako puenta ze starygo ślonskiego kawału- padoł mi tak: "Fater!! Mocie nudel na pysku!!". Jo, jigo cera a czyńściowo tyż gorol (krojcok rasowy abo pół elf- pół ogr) śmiałach się i obcierała gymbe rynkawem. Nie szisko rozumiałach, jak godoł, dugo sie zastanawiałach czemu sie godo "Chow sie" na dowidzynia. Ale to fajnie brzmi, sie miło sucho, to chyba od "Chowaj się w zdrowiu"...
Starzik to do mie pieszczotliwie padoł "Bo jak cie trzasne w ten twój poniymiecki łomylok!". Mało kto wiy co to łomylok, nawet śród ślonzoków, bo to w różnych czyńsciach ślunska różnie jes. Łomylok to taka "jadaczka" od łomylania, łomylok sie godo na dziadka do orzechów.
Jak jo powoli jadła abo co gorsza jadła i klachała to mi fater padoł: Papej, papej, bydziesz Rus." na co odpowiedziom było "Jo ni chca być Rus, jo już wola być volksdojcz". I tak obiod w obiod cytowoł ty same teksty, a łon mjoł jeszcze taki talynt, że zapominoł komu to godoł i się powtorzoł cołki czas.
Wiela sie tak nauczyłam, choć niy wiedziałach wtedy, że to som takie jynzykowe "relikty przeszłości".
Subskrybuj:
Posty (Atom)

HwBPlBss2ycw~~60_12.jpg)