Pseudonaukowe gdybanie o pochodzeniu Ślązaków.
Dla historyków specjalizujących się w czasach najbardziej zamierzchłych, oraz dla antropologów, czy zwykłych genealogów (nawet amatorów) sprawa pochodzenia jest sprawą płynną jak rzeka. Jedynym pewnikiem wydaje się indywidualne zdanie jednostki, czyli tożsamość, niekiedy uwarunkowana kilkoma pokoleniami przodków.
W temacie narodowości, szczególnie wśród nacjonalistów zwraca się szczególną uwagę na "czystość rasową" itp. co wyjątkowo mnie bawi. Myślę sobie wtedy, że do ludów indoeuropejskich do których zaliczają się tak Słowianie, zaliczają się także Hindusi (z językiem hindi). Jesteśmy czyści rasowo czy nie? Pytanie mi się nasuwa, czy Ślązak należy do grupy Słowian, czy Germanów?
Co ja o tym myślę? Myślę, że Ślązacy to Słowianie, bardzo blisko im do Czechów (kultura dochodziła do nas z Pragi), jak już wszyscy wiemy zasymilowani z ludami germańskimi, przemieszali się. Według mnie, świadczy o tym fakt, że w czasach, kiedy Śląsk był polski, języki słowiańskie poszczególnych (dzisiejszych) narodów były niezwykle do siebie podobne i praktycznie nie do rozróżnienia. Śląsk od IX wieku n.e. leżał na terenie Wielkiego Państwa Morawskiego. Następnie, znalazł się (nie całkowicie) na terenach Polskich, na jakieś trzysta lat, a następnie znów na terenie Czech. Jako, że organizacja państwowa była w owych czasach uboga, nikt nie nakazywał prostym ludziom na wsiach mówić nowym językiem, dlatego przypuszczalnie nie wiele się w tej kwestii zmieniło. Książęta na terenie Śląska jeszcze w XVI wieku posługiwali się w celach urzędowych czeskim (albo może językiem na pograniczy polskiego i czeskiego?). Niby pierwsze zdanie zapisane po polsku, a wypowiedział je Czech, w dodatku zapisał germański kapłan piszący na co dzień po łacinie. Jedno jest pewne- ma ono cechy co najmniej kilku języków.
Czy aby na pewno najpopularniejsza interpretacja jest słuszna? Widzimy "day ut ia pobrusa a ti poziwai".
Dr Artur Czesak podczas spotkania w Muzeum Śląskim w ramach "Rozmowy o śląskiej mowie" zwrócił uwagę na tą formę "ia pobrusa" - jak po śląsku "jo widza", "jo słysza", chodzi o końcówkę "a" w pierwszej formie liczby pojedynczej czasownika. Oczywiście zdementował jakoby było to zupełnie śląskie zdanie. Równie dobrze może być polskie, śląskie jak i czeskie.
Zarzućmy dalsze rozważania na temat tego "pierwszego polskiego zdania zapisanego". W XVIII wieku, w pruskich wsiach pod Opolem ludzie posługiwali się językiem słowiańskim i posiadali słowiańskie nazwiska, podobnie w praktycznie wszystkich wsiach na Śląsku, bez względu na terenie jakiego państwa się znajdowały. Z tego oczywiście wynika fakt, że podczas plebiscytu śląskiego, słowiańska ludność wiejska opowiedziała się za Polakami, kierując się fascynacją zbuntowanymi duszami polskimi (pięknie widać to u Oskara Klaussmanna w "Górny Śląsk przed 50 laty", gdzie autor opisuje własne wspomnienia na temat emocji ludności Szopienicko-Mysłowickiej wobec powstania styczniowego*). Spór czy Ślązakom było lepiej za Niemca czy za Polaka należy więc według mnie argumentować wyłącznie praktycznie, nie mieszając w to pochodzenie, które nota bene nie ma tu nic do rzeczy.
Jakby przysiąść do literatury i źródeł zapewne dowodów na tezę iż najdawniejsi Ślązacy byli z pochodzenia Słowianami przemieszanymi przez kilkaset lat z ludźmi o pochodzeniu germańskim, można znaleźć sporo - ja polegałam tutaj wyłącznie na pamięci i wiedzy, która skądinąd jest uboga.
Ślązakiem według mnie może się czuć każdy, kto z ziemią Śląska odczuwa związek, czy to poprzez rzeczywiste pochodzenie, czy przez zamieszkiwanie jej.
Przekląć należy tego, kto uniemożliwił wstawianie przypisów do wpisów, co uniemożliwiło a wręcz zniechęciło mnie do sięgania do literatury przedmiotowej.
środa, 30 stycznia 2013
środa, 23 stycznia 2013
Kazimierz Popiołek- dobry czy zły?
Od dłuższego czasu kusiło mnie by napisać coś o Kazimierzu Popiołku. Poznaliśmy się w dość nietypowych okolicznościach zestawiając je ze standardowym schematem poznawania tego człowieka. Jak powinnam była go poznać? Powinno się zacząć od tego, że w moje ręce trafia "Historia Śląska" Kazimierza Popiołka, czytam, zachwycam się, dowiaduję się, że napisał sporo fantastycznych dzieł poświęconych Śląsku, że wielka aula na WNSie nosi jego imię i nazwisko. Och i ach! Zaczęło się jednakże od tego, że kupiłam broszurkę skuszona paskudnym komunistycznym tytułem "Plany zaborcze kapitalistów Śląskich", nieco szyderczo, a nieco zniesmaczona, by pochwalić się swym znaleziskiem znajomym, którzy również interesują się tematem. Ulubiona oficyna wydawnicza zajmująca się na co dzień jedną z najobrzydliwszych form robienia ludziom wody z mózgu na modłę komunistyczną-> wydawania niby fachowych dzieł z których treść wylewa się czerwonym strumieniem: Instytut Śląski w Opolu. Jeśli ktoś kiedyś widział ten budynek z bliska wie, że został wybudowany w swym miejscu tylko i wyłącznie po to, aby zasłaniać prawie w całości wieżę piastowską. Wracając do broszurki, pisałam o niej już kiedyś, wypisałam nieco "smaczków". Idea jaka jej przyświeca to udowodnić szkodliwą wartość dla Śląska udziału w jego rozwoju przemysłowców o niemieckich nazwiskach. Oni wzbogacili nasz region przecież tylko po to, aby wyzyskiwać biednych pracowników przybywających na Śląsk z Polski oraz Rosjan (równie biednych i pokrzywdzonych). Kazimierz Popiołek pokusił się również o uwiarygodnienie własnej tezy publikując listy Niemców, z których jasno przecież wynika: "Śląska wam się zachciewa? Śląsk to stara prowincja niemiecka. Mam w dupie ten cały Śląsk" parafrazując Piłsudskiego. Łatwo mu było wciskać ludziom te farmazony, ludziom którzy po drugiej wojnie światowej dobrze wiedzieli jednoznacznie kto jest dobry a kto zły. Z ciekawości zajrzałam również do "Historii Śląska" Popiołka, której nie potrafiłam już czytać inaczej niż widząc w opisywanych przez niego współczesnych dziejach Śląska jednej wielkiej komunistycznej propagandy. Smutne, że wielu ludzi, którzy twierdzą, że nie popierają komunistów w tej propagandzie brodzi wypowiadając się na tematy śląskie. Tak źle i tak niedobrze. Bo która wersja jest słuszna? Niemiecka czy Rosyjska? Ja powiadam, jako kobieta (a zatem osoba, kierująca się w dużej mierze sercem), że liczy się ludzka dobroć, bez względu na narodowość. Jeśli ludzie byli szykanowani za Niemca, neguję to, jeśli za Rosjanina również. Najważniejszy jest święty spokój, dobrze zatem, gdy ludzie mają szansę żyć w spokoju i uczciwie na siebie zarabiać nie będąc gnębionym z debilnych powodów typu "narodowość" (która nawet nie jest namacalna). Uczciwie.
Zastanawia mnie fakt, czy pan Popiołek pisał takie straszne brednie bo uważał je za prawdę, czy dlatego, że mu kazano? Wie ktoś może?
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Mikołów - ulubione miasto Magdaleny
Poniżej praca Magdaleny, która wygrała konkurs na temat "Moje ulubione śląskie miasto".
MIKOŁÓW
To miasto, które miałam przyjemność poznać z dość nietypowej strony – Zielonej Arki Śląska. W jednej z dzielnic – Mikołowie-Mokrem, działa Śląski Ogród Botaniczny. To instytucja bardzo nowa, bo formalnie stworzona w 2003 roku, lecz spektakularnie się rozwijająca. W maju 2012 roku otworzono Centrum Edukacji przyrodniczej i Ekologicznej ŚOB. W nowoczesnym budynku Ogród ma teraz swoją siedzibę. Jeszcze jednak nie tak dawno instytucja ta mieściła się w starym, jednopiętrowym budynku. Kilkanaście osób pracowało w trzech niewielkich pokojach. W jednym z pomieszczeń (o - trzeba nadmienić – złym stanie technicznym), mieściła się część biblioteki. Pozostała jej część w udostępnianym przez proboszcza budynku. Ale cóż z tego, kiedy w budynku panowała atmosfera doprawdy domowa, a Ogród był w posiadaniu niezwykłego terenu. Nie tylko niezwykłego, ale i sporego – obejmuje on około 120 hektarów. Jakież cuda się na nim kryją... Kolekcje wrzosów, irysów, rosnąca za małym płotkiem roślina chroniona zwana cieszynianką, niczym z opowieści Morcinka „Legenda o bladej cieszyniance” wychynęła spomiędzy traw. Ale mamy tutaj nie tylko to, z czym normalnie kojarzą się ogrody botaniczne. Na jednej z wycieczek wchodzimy w stare czyżnie, czyli zarośla śródpolne. Zarośla, dobre sobie. To prawdziwy las. Po raz pierwszy w życiu widzę tutaj leszczynę o grubym pniu i rozłożystych konarach. Po raz pierwszy widzę tutaj rosnące nad rzeką skrzypy wielkie, przypominając jako żywo roślinność z „Parku Jurajskiego”. Pełno tutaj śladów obecności zwierząt – obgryzionych szyszek, zabłoconych drzew po czochrających się dzikach, śladów w błocie. Natrafiamy na czaszkę, prawdopodobnie sarny. Ktoś na to zaczyna recytować wiersz „Jabberwocky”: „Beware of Jabberwock, my son!”. O tak, „the jaws that bite, the claws that catch!”. Mamy tutaj jamy borsuków. A także kamieniołom. I zabytkowe wapienniki, czyli piece do wypalania wapna, nad których ocaleniem czuwa między innymi Ogród.
Kiedy wchodzimy w las kwitnących drzew, między innymi owocowych, na których brzęczą całe roje pszczół, czuję się niczym w scenie „Journey to the Aslan’s How” w ekranizacji „Opowieści z Narnii”.
A już kilka tygodni później odbywam wolontariat w Ogrodzie.
Mikołów to jednak nie tylko Śląski Ogród Botaniczny. Uroczy rynek, kamienica z faunem w bocznej od niego ulicy, stare kościoły... I spotkania ze znajomymi przy kawie!
MIKOŁÓWTo miasto, które miałam przyjemność poznać z dość nietypowej strony – Zielonej Arki Śląska. W jednej z dzielnic – Mikołowie-Mokrem, działa Śląski Ogród Botaniczny. To instytucja bardzo nowa, bo formalnie stworzona w 2003 roku, lecz spektakularnie się rozwijająca. W maju 2012 roku otworzono Centrum Edukacji przyrodniczej i Ekologicznej ŚOB. W nowoczesnym budynku Ogród ma teraz swoją siedzibę. Jeszcze jednak nie tak dawno instytucja ta mieściła się w starym, jednopiętrowym budynku. Kilkanaście osób pracowało w trzech niewielkich pokojach. W jednym z pomieszczeń (o - trzeba nadmienić – złym stanie technicznym), mieściła się część biblioteki. Pozostała jej część w udostępnianym przez proboszcza budynku. Ale cóż z tego, kiedy w budynku panowała atmosfera doprawdy domowa, a Ogród był w posiadaniu niezwykłego terenu. Nie tylko niezwykłego, ale i sporego – obejmuje on około 120 hektarów. Jakież cuda się na nim kryją... Kolekcje wrzosów, irysów, rosnąca za małym płotkiem roślina chroniona zwana cieszynianką, niczym z opowieści Morcinka „Legenda o bladej cieszyniance” wychynęła spomiędzy traw. Ale mamy tutaj nie tylko to, z czym normalnie kojarzą się ogrody botaniczne. Na jednej z wycieczek wchodzimy w stare czyżnie, czyli zarośla śródpolne. Zarośla, dobre sobie. To prawdziwy las. Po raz pierwszy w życiu widzę tutaj leszczynę o grubym pniu i rozłożystych konarach. Po raz pierwszy widzę tutaj rosnące nad rzeką skrzypy wielkie, przypominając jako żywo roślinność z „Parku Jurajskiego”. Pełno tutaj śladów obecności zwierząt – obgryzionych szyszek, zabłoconych drzew po czochrających się dzikach, śladów w błocie. Natrafiamy na czaszkę, prawdopodobnie sarny. Ktoś na to zaczyna recytować wiersz „Jabberwocky”: „Beware of Jabberwock, my son!”. O tak, „the jaws that bite, the claws that catch!”. Mamy tutaj jamy borsuków. A także kamieniołom. I zabytkowe wapienniki, czyli piece do wypalania wapna, nad których ocaleniem czuwa między innymi Ogród.
Kiedy wchodzimy w las kwitnących drzew, między innymi owocowych, na których brzęczą całe roje pszczół, czuję się niczym w scenie „Journey to the Aslan’s How” w ekranizacji „Opowieści z Narnii”.
A już kilka tygodni później odbywam wolontariat w Ogrodzie.
Mikołów to jednak nie tylko Śląski Ogród Botaniczny. Uroczy rynek, kamienica z faunem w bocznej od niego ulicy, stare kościoły... I spotkania ze znajomymi przy kawie!
niedziela, 30 grudnia 2012
Refleksje na koniec roku
![]() |
| Moje ulubione śląskie miasto - Opole, poznałam je w zeszłym roku |
Był taki czas, że na blogi wchodziłam każdego dnia wypatrując nowych postów. Zostawiałam mnóstwo komentarzy, pisałam o wszystkim nawet z regułą "nie znam się to się wypowiem". I bodaj w czerwcu na blogu Tuudi.net pojawiło się ogłoszenie, że poszukiwane są osoby zainteresowane udziałem w projekcie "Śląsk wedle bajtla". Zapisałam się od razu. Po ponad roku siedzenia każdego popołudnia w domu taki projekt to była dla mnie nie lada gratka. Bardzo się zaangażowałam. Zasypałam biednych współuczestników kilometrową listą pomysłów, które niekoniecznie były trafione. Ale poczułam się spełniona. Poznałam rewelacyjnych ludzi, zupełnie innych niż ja. Nauczyłam się słuchania innych. Projekt dał mi też sporo ważnych doświadczeń jeśli chodzi o organizację przedsięwzięć.
Pod koniec wakacji straciłam pracę. Wszystkie moje plany legły w gruzach. Nie będę się zbytnio nad tym rozwodzić, ale utrata gruntu pod stopami to bardzo przykra sprawa. Łapałam się każdej roboty, w żadnej się nie spełniałam, do żadnej nie nadawałam. Mózg wypełniony po brzegi kreatywną energią w połączeniu z kiepskim refleksem, brakiem siły fizycznej to nie najlepszy zestaw do pracy w sklepie spożywczym krojąc szynkę czy też w punkcie ksero. Odchodziłam w poczuciu kompletnej bezużyteczności i niemocy. W akcie desperacji pobłażając sobie zapisałam się na podrzędną uczelnię, a los troszkę zamieszał i trafiłam na wymarzony kierunek, do uniwersytetu.
I znów cofnę się do smętnych dni kiedy wracałam z pracy i wysiadywałam godzinami przy komputerze. Otóż wtedy, zaczęłam oglądać na Youtube krótkie filmiki zwane na Zachodzie "sessions" i w mej głowie wykiełkował pomysł aby stworzyć coś takiego na Śląsku. Na czym to polegało? Organizatorzy sessions zapraszali artystów i kręcili ich akustyczny występ na żywo w różnych magicznych miejscach. Moje ulubione to były sesje plenerowe, kręcone w zieleni. To było takie naturalne i fantastyczne! Mój brat polecił mi swojego kolegę, operatora. Wspólnie stworzyliśmy bardzo ważny w moim życiu projekt SILESIA VIDEOSESSION, za pomocą którego pragniemy promować artystów ze Śląska.
Od września poznałam resztę bloggerów, część nie osobiście. W każdym razie musiałam się parę razy zdziwić, że te mityczne istoty to zupełnie zwykli ludzie! W bardzo ciekawych okolicznościach poznałam chyba w wakacje, albo może we wrześniu autorkę bloga Odkrywając Śląsk. Na spotkaniu towarzyskim zagadnęła mnie. I naprawdę nie mam pojęcia, skąd wiedziała, że to ja. :)
Ten rok był dla mnie jak 10 lat. Tyle się zmieniło, że gdyby nie projekty chyba bym się posypała kompletnie. Kiedy nie ma się gruntu pod stopami warto mieć punkt zaczepienia.
Życzę wam drodzy czytelnicy, abyście zawsze mieli swój punkt zaczepienia :).
Lwowiak na cmentarzu na ul. Francuskiej
| Jeden z piękniejszych grobów na Francuskiej |
niedziela, 16 grudnia 2012
Ślonski przi stole
Debiut w pisaniu po Śląsku, pewno wiele można mi zarzucić, ale najlepiej uczyć się na błędach. Z racji na całkowity brak znajomości jakiejkolwiek kodyfikacji śląskiego piszę instynktownie. Oczywiście "o" ma ciemne brzmienie - zrezygnowałam z pisania "u", albo "ł" przed "o". Każdy oczywiście mógłby powiedzieć, że pewne słowa można zastąpić innymi... Przyznaję bez bicia, nie jestem żadnym autorytetem, piszę jak potrafię!
Ślonski od bajtla mi towarziszoł, ino nojwiyncyj przi stole. U mie to fater warzył uobiod na niedziela i przi tym śpiwoł i gadoł sam ze sobom. Kożden obiod wyglondoł tak samo. On śpiewo a jo i mój brat przychodzimy do niygo co chwila i się pytomy: "Kiedy bydzie gotowe?".
Jak on tak śpiewoł, a śpiewoł fest głośno i plonsał po kuchni choby zakochany, moglymy się czegoś nauczyć, szybko nom te jiygo piosenki wpadały w ucho. Do jigo "hitów" kuchennych noleżały: "Aj due rajne fazole som fajne, aj due rajne fazole som fest!" (teroz wiym, że to refren z "Ballady o babuciu") "Jestech poziomkom", "Jak jo jechał do Gliwic" i wiyrsz Gałczyńskiygo gdzie było "Pewna pani z Marsałkowskiej kupowała synkę z groskiem. W towazystwie swego męza ponurego draba". Wołoł tyż do mie: "Czekej na mnie pod klopsztangom, ja tam byda lub nie byda" (potym dodowoł, że nimo w ślunsko "lub", jes "abo", a to ino do rytmu tak mo być). A, ja! Miałach jeszcze jedyn hit od fatra jak warzył- "Obalyly halba" Koala Bandu. Fajny tekst! "Naplumpali bala, bala naplumpali- w szpila se zagrali i śpiewali tak: Ło kule kule na mole kule". Tako afrykańsko ta nuta. Takie to dziwne było, ale wesołe. Tak to z samym chopym jes, co niy mo baby, ale gotować umiy i lubi.
Co on nom przyrychtowoł? Przede sziskim - miynso! I choć my byli bajtle, to zdarzało się że warzył nam jako tusto świnia, serca kurze czy inne świństwo, co sam chyntnie potem zeżarł. Ale miynso to była podstawo. Po miynsie - gynsta zupa (w kolejności jedzenia no to oczywiście przed miynsem), czasym nudel, a nojlepiyj jako spagetti. Żodnych piyrogów, nalyśników i innych takich. Piyrogi ino kupne i nojlepiyj z miynsem. Roz mie i bratu zrobioł takie z grzybami, poloł jogurtym i nom tumaczył, że to z serym i truskawkami. My tego żreć nie chcieli. A fuj!
A jak żech sie umarasiła obiodem to mi padoł tako puenta ze starygo ślonskiego kawału- padoł mi tak: "Fater!! Mocie nudel na pysku!!". Jo, jigo cera a czyńściowo tyż gorol (krojcok rasowy abo pół elf- pół ogr) śmiałach się i obcierała gymbe rynkawem. Nie szisko rozumiałach, jak godoł, dugo sie zastanawiałach czemu sie godo "Chow sie" na dowidzynia. Ale to fajnie brzmi, sie miło sucho, to chyba od "Chowaj się w zdrowiu"...
Starzik to do mie pieszczotliwie padoł "Bo jak cie trzasne w ten twój poniymiecki łomylok!". Mało kto wiy co to łomylok, nawet śród ślonzoków, bo to w różnych czyńsciach ślunska różnie jes. Łomylok to taka "jadaczka" od łomylania, łomylok sie godo na dziadka do orzechów.
Jak jo powoli jadła abo co gorsza jadła i klachała to mi fater padoł: Papej, papej, bydziesz Rus." na co odpowiedziom było "Jo ni chca być Rus, jo już wola być volksdojcz". I tak obiod w obiod cytowoł ty same teksty, a łon mjoł jeszcze taki talynt, że zapominoł komu to godoł i się powtorzoł cołki czas.
Wiela sie tak nauczyłam, choć niy wiedziałach wtedy, że to som takie jynzykowe "relikty przeszłości".
Ślonski od bajtla mi towarziszoł, ino nojwiyncyj przi stole. U mie to fater warzył uobiod na niedziela i przi tym śpiwoł i gadoł sam ze sobom. Kożden obiod wyglondoł tak samo. On śpiewo a jo i mój brat przychodzimy do niygo co chwila i się pytomy: "Kiedy bydzie gotowe?".
Jak on tak śpiewoł, a śpiewoł fest głośno i plonsał po kuchni choby zakochany, moglymy się czegoś nauczyć, szybko nom te jiygo piosenki wpadały w ucho. Do jigo "hitów" kuchennych noleżały: "Aj due rajne fazole som fajne, aj due rajne fazole som fest!" (teroz wiym, że to refren z "Ballady o babuciu") "Jestech poziomkom", "Jak jo jechał do Gliwic" i wiyrsz Gałczyńskiygo gdzie było "Pewna pani z Marsałkowskiej kupowała synkę z groskiem. W towazystwie swego męza ponurego draba". Wołoł tyż do mie: "Czekej na mnie pod klopsztangom, ja tam byda lub nie byda" (potym dodowoł, że nimo w ślunsko "lub", jes "abo", a to ino do rytmu tak mo być). A, ja! Miałach jeszcze jedyn hit od fatra jak warzył- "Obalyly halba" Koala Bandu. Fajny tekst! "Naplumpali bala, bala naplumpali- w szpila se zagrali i śpiewali tak: Ło kule kule na mole kule". Tako afrykańsko ta nuta. Takie to dziwne było, ale wesołe. Tak to z samym chopym jes, co niy mo baby, ale gotować umiy i lubi.
Co on nom przyrychtowoł? Przede sziskim - miynso! I choć my byli bajtle, to zdarzało się że warzył nam jako tusto świnia, serca kurze czy inne świństwo, co sam chyntnie potem zeżarł. Ale miynso to była podstawo. Po miynsie - gynsta zupa (w kolejności jedzenia no to oczywiście przed miynsem), czasym nudel, a nojlepiyj jako spagetti. Żodnych piyrogów, nalyśników i innych takich. Piyrogi ino kupne i nojlepiyj z miynsem. Roz mie i bratu zrobioł takie z grzybami, poloł jogurtym i nom tumaczył, że to z serym i truskawkami. My tego żreć nie chcieli. A fuj!
A jak żech sie umarasiła obiodem to mi padoł tako puenta ze starygo ślonskiego kawału- padoł mi tak: "Fater!! Mocie nudel na pysku!!". Jo, jigo cera a czyńściowo tyż gorol (krojcok rasowy abo pół elf- pół ogr) śmiałach się i obcierała gymbe rynkawem. Nie szisko rozumiałach, jak godoł, dugo sie zastanawiałach czemu sie godo "Chow sie" na dowidzynia. Ale to fajnie brzmi, sie miło sucho, to chyba od "Chowaj się w zdrowiu"...
Starzik to do mie pieszczotliwie padoł "Bo jak cie trzasne w ten twój poniymiecki łomylok!". Mało kto wiy co to łomylok, nawet śród ślonzoków, bo to w różnych czyńsciach ślunska różnie jes. Łomylok to taka "jadaczka" od łomylania, łomylok sie godo na dziadka do orzechów.
Jak jo powoli jadła abo co gorsza jadła i klachała to mi fater padoł: Papej, papej, bydziesz Rus." na co odpowiedziom było "Jo ni chca być Rus, jo już wola być volksdojcz". I tak obiod w obiod cytowoł ty same teksty, a łon mjoł jeszcze taki talynt, że zapominoł komu to godoł i się powtorzoł cołki czas.
Wiela sie tak nauczyłam, choć niy wiedziałach wtedy, że to som takie jynzykowe "relikty przeszłości".
wtorek, 11 grudnia 2012
Tropem malarza z Katowic cz.II
Tak się skończył ni w pięć ni w dziewięć poprzedni post, wypadałoby napisać nieco więcej na temat Otto Kowalewskiego. Wynika to z braku czasu i kiepskiej organizacji, spróbuję to zrekompensować dziś. Oto więc nieco mojego gdybania i parę konkretów:
W trakcie moich skromnych badań nad katowickim malarzem wzięłam sobie za cel początkowy wyznaczenie ram czasowych w których tworzył, aby również móc mniej więcej określić ramy jego życia. I tak najstarsze zlecenie dla kościoła jakie znalazłam pochodzi z roku 1914, najpóźniej pojawia się we wspomnianych wcześniej księgach adresowych w roku 1939. Uznaję, że artysta musiał być pełnoletni malując za pieniądze, mógł mieć więc około 20 lat. Mógł być jednakże starszy. Przyjmując teorię, że w czasie wojny zmarł ze starości musiał być sporo starszy w 1914r. Jakkolwiek było, jeśli zmarł/zginął w po 1939r. i uważał się za Niemca, mógł być pochowany na nieistniejącym już dzisiaj cmentarzu ewangelickim w miejscu Biblioteki Śląskiej. Cmentarzu zlikwidowanym, jako symbol niemieckiej przeszłości miasta, gdzie pochowani byli jego założyciele i ważne persony. Jeśli jednak uważał się za Polaka mógł zginąć/zostać stracony przez Niemców i pochowany w zbiorowej mogile. Mógł również wyjechać po wojnie do Niemiec lub być wywieziony na Syberię.
- Biorę pod uwagę raczej te opcje, których konsekwencją jest urwany trop, brak informacji.
Faktem jest, że w latach trzydziestych posiadał swoją pracownię na ul. Jagiellońskiej, być może we własnym mieszkaniu, gdzie jako mistrz malarski edukował młodych artystów. To nakazuje twierdzić, że był osobą po 40 roku życia, osobą z gigantycznym dorobkiem artystycznym, o renomie. Lata trzydzieste obfitują w remonty neogotyckich kościołów na Śląsku, w czasie tych remontów najczęściej Otto Kowalewski dostawał swoje zlecenia.
W przypadku bazyliki piekarskiej polichromie Kowalewskiego powstają w 1925r. po dobudowaniu południowej części, jak czytamy na pierkarskim serwisie pielgrzymkowym.
W 1926r. maluje kopię zabytkowego obrazu do kościoła w Zbrosławicach, który zdobi ołtarz z czarnego stiuku.Pełny wykaz wszystkich znalezionych przeze mnie kościołów w których pojawiają się dzieła Kowalewskiego zamieszczę poniżej postu.
Otto pojawia się często, ale na ogół bardzo lakonicznie. Można wnioskować z tego, że w swoich czasach był bardzo popularny, jednakże czasy, podobne współczesności dalekie były od potrzeby "ocalania od zapomnienia", raczej myślono, że skoro się zna Kowalewskiego, to kolejne pokolenia również będą go znały, jednakże zapewne zawierucha wojny zrobiła swoje. Nikt już o nim nie pamięta.
Kościoły w Bytomiu wręcz usiane są jego polichromiami. W Katowicach Otto pojawia się dopiero w formie odkrywek konserwatorskich (polichromie) w kościele na Nikiszowcu, w bazylice franciszkanów na Ligocie (obraz), oraz przypuszczalnie, jak sugerowała mi znajoma konserwator, która się tym zajmowała, w kościele na Dąbrówce Małej (być może jest to właśnie obraz główny w ołtarzu, jednakże trzeba by się tam wybrać i zobaczyć). Można poddać analizie miejsca i daty jego twórczości, że np. w jednym roku wykonuje zlecenia dla kilku kościołów w Bytomiu, że być może księżom z jednego kościoła spodobało się co zrobił w innym i zapragnęli również mieć u siebie jego piękne malowidła. Może była na niego, kolokwialnie mówiąc "moda"?
Gdy tylko znajdę coś jeszcze na ten temat niezwłocznie opiszę. Na razie to komplet mojej wiedzy na temat Kowalewskiego. Zachęcam do rozejrzenia się po poniższych kościołach i poznanie jego wspaniałej twórczości!
Wydaje mi się, że znalazłam nieco więcej kościołów niż ta skromną listę (zgubiłam notatki na ten temat):
kościół św. Jacka w Bytomiu (polichromie), 1922
kościół NMP Królowej Pokoju w Olzie (obraz Matki Bożej Królowej Pokoju), ok. 1932-35
kościół św. Trójcy w Bytomiu (polichromie), 1922
kalwaria pszowska (polichromie w kaplicach), 1928
kościół pw. Ścięcia św. Jana Chrzciciela w Goduli (freski), lata -naste XX wieku
kościół św. Antoniego Padewskiego w Siemianowicach (droga krzyżowa),
kościół św. Anny Katowice-Nikiszowiec,
bazylika św. Ludwika i Wniebowzięcia NPM w Katowicach-Ligocie, 1918
kościół Wniebowzięcia NPM w Zbrosławicach, 1926
bazylika Najświętszej Maryi Panny, 1925
kościół pw. Ducha Świętego w Bytomiu (polichromie), 1921
![]() |
| Ilustracja nie jest moją własnością |
- Biorę pod uwagę raczej te opcje, których konsekwencją jest urwany trop, brak informacji.
Faktem jest, że w latach trzydziestych posiadał swoją pracownię na ul. Jagiellońskiej, być może we własnym mieszkaniu, gdzie jako mistrz malarski edukował młodych artystów. To nakazuje twierdzić, że był osobą po 40 roku życia, osobą z gigantycznym dorobkiem artystycznym, o renomie. Lata trzydzieste obfitują w remonty neogotyckich kościołów na Śląsku, w czasie tych remontów najczęściej Otto Kowalewski dostawał swoje zlecenia.
W przypadku bazyliki piekarskiej polichromie Kowalewskiego powstają w 1925r. po dobudowaniu południowej części, jak czytamy na pierkarskim serwisie pielgrzymkowym.
W 1926r. maluje kopię zabytkowego obrazu do kościoła w Zbrosławicach, który zdobi ołtarz z czarnego stiuku.Pełny wykaz wszystkich znalezionych przeze mnie kościołów w których pojawiają się dzieła Kowalewskiego zamieszczę poniżej postu.
Otto pojawia się często, ale na ogół bardzo lakonicznie. Można wnioskować z tego, że w swoich czasach był bardzo popularny, jednakże czasy, podobne współczesności dalekie były od potrzeby "ocalania od zapomnienia", raczej myślono, że skoro się zna Kowalewskiego, to kolejne pokolenia również będą go znały, jednakże zapewne zawierucha wojny zrobiła swoje. Nikt już o nim nie pamięta.
Kościoły w Bytomiu wręcz usiane są jego polichromiami. W Katowicach Otto pojawia się dopiero w formie odkrywek konserwatorskich (polichromie) w kościele na Nikiszowcu, w bazylice franciszkanów na Ligocie (obraz), oraz przypuszczalnie, jak sugerowała mi znajoma konserwator, która się tym zajmowała, w kościele na Dąbrówce Małej (być może jest to właśnie obraz główny w ołtarzu, jednakże trzeba by się tam wybrać i zobaczyć). Można poddać analizie miejsca i daty jego twórczości, że np. w jednym roku wykonuje zlecenia dla kilku kościołów w Bytomiu, że być może księżom z jednego kościoła spodobało się co zrobił w innym i zapragnęli również mieć u siebie jego piękne malowidła. Może była na niego, kolokwialnie mówiąc "moda"?
Gdy tylko znajdę coś jeszcze na ten temat niezwłocznie opiszę. Na razie to komplet mojej wiedzy na temat Kowalewskiego. Zachęcam do rozejrzenia się po poniższych kościołach i poznanie jego wspaniałej twórczości!
Wydaje mi się, że znalazłam nieco więcej kościołów niż ta skromną listę (zgubiłam notatki na ten temat):
kościół św. Jacka w Bytomiu (polichromie), 1922
kościół NMP Królowej Pokoju w Olzie (obraz Matki Bożej Królowej Pokoju), ok. 1932-35
kościół św. Trójcy w Bytomiu (polichromie), 1922
kalwaria pszowska (polichromie w kaplicach), 1928
kościół pw. Ścięcia św. Jana Chrzciciela w Goduli (freski), lata -naste XX wieku
kościół św. Antoniego Padewskiego w Siemianowicach (droga krzyżowa),
kościół św. Anny Katowice-Nikiszowiec,
bazylika św. Ludwika i Wniebowzięcia NPM w Katowicach-Ligocie, 1918
kościół Wniebowzięcia NPM w Zbrosławicach, 1926
bazylika Najświętszej Maryi Panny, 1925
kościół pw. Ducha Świętego w Bytomiu (polichromie), 1921
sobota, 1 grudnia 2012
Tropem malarza z Katowic cz.1
![]() |
| Mój ulubiony obraz, element drogi krzyżowej |
Po pierwsze: Światłocień. Po drugie: Ewidentne próby dążenia do realizmu, do odwzorowania rzeczywistości. Po trzecie: Barwa. Nie da się tym zachłysnąć w żaden sposób stojąc w chłodnym ciemnym pomieszczeniu gapiąc się jak wiszą na ścianie. Trzeba się przyjrzeć z bliska.
![]() |
| Polichromia z Bytomia |
Wiem, pan Kowalewski nijak się ma do Grottgera, Rodakowskiego... on jest prymitywniejszy. A może bardziej- odpowiada modzie własnych czasów.
Postanowiłam się nim zainteresować. Okazuje się, że pan Otto (bo tak ma na imię) jest człowiekiem zagadką. Reasumując to, co udało mi się znaleźć na jego temat to:
- 12 kościołów na Śląsku do których malował obrazy (być może jest tego więcej) lub polichromie.
![]() |
| Polichromia z Bazyliki w Piekarach |
- Podpisywany był jako "malarz z Katowic".
- Maluje na zamówienie od nastych lat XX wieku
![]() | |
| Księga adresowa Katowic, 1935/1936 |
- Pojawia się po raz ostatni w księdze adresowej z 1939r.
Malarze sztuki sakralnej na ogół pozostają anonimowi, pomimo iż tendencja do "malowania dla Boga" to dawny przeżytek. Po prostu mało kto się interesuje tym tematem.
| Bazylika Franciszkanów Katowice-Ligota |
| z Księgi adresowej Handlu i Usług Górnego Śląska 1914r. |
Subskrybuj:
Posty (Atom)
HwBPlBss2ycw~~60_12.jpg)





